wpis75_1_slider

4. kobieta w Wings For Life

Wings for Live World Run było dla Nas bardzo wyjątkowym wydarzeniem sportowym. To bieg, poprzez który każdy uczestnik miał szansę podzielić się swoją pasją i jednocześnie wesprzeć cudowną inicjatywę fundacji Wings for Live. Wszystkie opłaty startowe w 100% przeznaczone zostały na badania dotyczące leczenia przerwanego rdzenia kręgowego. My w tym dniu poczuliśmy przede wszystkim radość z biegania za tych którzy nie mogą! W tej globalnej imprezie mógł wziąć udział właściwie każdy, bez względu na stopień sprawności.

W 35 lokalizacjach na świecie, w różnych krajach ale w tym samym czasie wystartował bieg, którego założeniem była ucieczka przed metą. To ile faktycznie dany biegacz pokonał kilometrów zależało tylko i wyłącznie od niego. Samochód pościgowy ruszył dokładnie po 30 minutach od startu. Następnie przyśpieszał i sukcesywnie doganiał kolejnych biegaczy.

wpis75_2

Było słonecznie, wietrznie i pod górkę! Przez całą trasę, na odcinku 35 km nie mieliśmy okazji do swobodnego zbiegu. Nachylenie podłoża w połączeniu z biegiem pod wiatr było bardzo wymagające. Słoneczna pogoda z pewnością nie jest wymarzona dla długodystansowca, ale na pewno taka aura sprzyjała doskonałej atmosferze zarówno przed startem jak i tuż po ukończeniu biegu dla każdego zawodnika oraz kibiców. I o to w tym wszystkim chodziło, każdy biegacz miał swój wkład w wyjątkowy projekt.

Plan biegu był prosty – biegniemy razem! Do końca jednak nie wiedzieliśmy jak rozłożyć swoje siły i ile chcemy faktycznie pokonać kilometrów. Zależało nam jednak, żeby meta nie dogoniła Nas zbyt szybko! Z dużym optymizmem zaczęliśmy dość żwawym tempem 4:30/km. Dla Adiego ta prędkość była komfortowa, dla mnie tylko początkowo. Na 19 km przybiłam piątkę z Małyszem i pobiegliśmy dalej.

W okolicach 24 km poczułam, że stopniowo zwalniam. W moim odczuciu Adi przyśpieszał, ale było to mylne wrażenie – po prostu trzymał stałe tempo. Momentami denerwowałam się, że nie jestem w stanie dotrzymać mu kroku. Z kilometra na kilometr czułam, że biegnę siłą woli. Każdy punkt odżywczy z wodą był niemal wybawieniem. Już dawno nie piłam tak zachłannie! Woda smakowała jak nigdy i była kluczowym elementem podczas biegu. Jeden kubek to mało, trzeba było brać od razu dwa. Wody musiało starczyć do ugaszenia pragnienia, oblania głowy i karku.

wpis75_3

Skąd przy tym wszystkim Adi miał jeszcze siłę na doping? Nie wiem. Bo trzeba wspomnieć, że lubi mobilizować kibiców. Wystarczyło krzyknąć „brawo kibice!” i wtedy wszyscy budzili się z letargu, zaczynali klaskać i wspierać okrzykami wszystkich biegaczy. Dodatkowo widząc skierowaną w ich stronę kamerkę na wysięgniku, niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mogliśmy liczyć na wrzawę!

Mimo stopniowego opadania z sił dzielnie walczyłam ze swoimi słabościami. Miałam szczęście, bo Adi doskonale pełnił funkcje pacemarkera. Czasami starałam się uciec trochę na bok, wtedy łatwiej było mi odciąć się od otoczenia i skupić się na swoim rytmie. Ten rytm stale zaburzał nam jeden z „biegaczy”, który postanowił trzymać się Nas do samego końca! Tak naprawdę, oboje mieliśmy go delikatnie mówiąc po kokardki! Planowany bieg w duecie, zamienił się w trio. To nie było komfortowe zestawienie. Wspomniany „biegacz” tupał, sapał, dyszał i nie odstępował Nas na krok! My po wodę, on też. My zwalniamy, on też. Przyspieszamy, towarzysz również. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie „biegacz” w tle lub obok Nas… „A niech to…” myślę sobie. W końcu rzucam mrożące spojrzenie, ale gdzie tam – nic nie zrozumiał. Cóż staramy się być cierpliwi, skierować myśli na inne tory. „Biegacz” jednak przewiózł się za nami do samej mety… Pozdrawiamy „biegacza” i polecamy na przyszłość przyjęcie innej, mniej uciążliwej taktyki dla innych.

Przed 30 km, nie miałam nic przeciwko, żeby meta już nas doścignęła. Kiedy usłyszałam klakson, pełna nadziei spojrzałam na Adiego. „Spokojnie mamy jeszcze trochę zapasu, biegniemy dalej…”. „Jak to dalej?, nie mów mi tak! Jaki zapas?! Ta wiadomość odcina mnie od energii…” Narzekam. Narzekałam nie tylko wtedy. Trochę fukam, klnę tylko w myślach. Adi mówi „że jest dobrze..” I tak biegniemy dalej. Mijamy jedną z kobiet, ktoś z kibiców krzyczy do mnie „biegnie 4. kobieta”. „I to mi wystarczy…” mówię do Adiego, a ten swoje dawaj, dawaj jeszcze trochę. Fakt trzeba było utrzymać tą pozycję.

wpis75_4

Po przekroczeniu 34 km, wiemy że lada moment ten wyścig się skończy. Odwracam się i stwierdzam, że nic mnie to nie obchodzi, ale musimy dobiec do flagi z 35 kilometrem! W pierwszej kolejności doganiają nas rowerzyści, każą uciekać. Dopingują i mobilizują do walki. Atmosfera jest fantastyczna! Samochód pościgowy mamy już niemal za plecami. Emocje są ogromne, cieszymy się, skaczemy z radości! Słyszymy swoje nazwiska przez megafon. Organizatorzy dziękują za udział w biegu i gratulują rezultatu. Jest wspaniale! Sukces i ogromna satysfakcja! Czuliśmy się jak zwycięzcy 😉

wpis75_6

Na linię startu wróciliśmy bez problemu. Co kilka kilometrów na finiszujących zawodników czekały autobusy. Nas, podobnie jak wielu innych, kierowca zgarnął po drodze. Mięśnie były na tyle zbolałe, że oboje baliśmy się usiąść, żeby potem nie było problemu z wyjściem. Lekko nie było.

To był bieg, który na długo zapadnie nam w pamięci. Wzajemne wsparcie na trasie jest bezcenne. Poza tym sama formuła biegu oraz cel sprawił, że naprawdę było warto!

wpis75_5