fot: B4SPORT / www.b4sport.pl

Prawdziwy egzamin Partnerstwa – Bieg Rzeźnika 2016 (cz.1)

Nic dwa razy się nie zdarza. Każdy bieg jest inny, zawsze uczymy się czegoś nowego. Tak było i tym razem, to nie był ten cudowny DEBIUT z przed roku. Od początku coś nie grało. Do tego doszła zmiana trasy i całe zamieszanie dotyczące organizacji biegu, co z pewnością nie wpłynęło pozytywnie na nasze nastawienie.

Tak czy inaczej, Bieg Rzeźnika będzie zawsze ponad wszystkie inne. Dlaczego? Bo formuła biegania w parach daje mnóstwo satysfakcji i radości. Do tego dochodzą piękne okoliczności przyrody – mięśnie się palą, ale głowa odpoczywa.

Kluczową rolę w tym starcie stanowi zawsze odpowiednia strategia. W pierwszej kolejności trzeba było przygotować wszystkie rzeczy, które miały trafić do przepaków. Do dyspozycji mieliśmy nie mniej, nie więcej tylko 3 worki. W naszym przypadku trafiły do nich głównie: żele, batoniki energetyczne i rozrobione w buteleczkach vitargo. Nie wykorzystaliśmy jedynie worka z oznaczeniem „META”. Wszystko trzeba było oddać do depozytu na kilka godzin przed startem. W tym roku popełniliśmy jeden zasadniczy błąd, pierwszy odcinek pobiegliśmy z plecakami bez bukłaków, a do dyspozycji zostawiliśmy sobie jedynie dwie małe (200ml) buteleczki z wodą. Bukłaki z napełniona wodą i izotonikiem czekały na nas dopiero na I przepaku – czyli po ok. 30 km. To była bardzo kiepska decyzja! Oprócz tego zabraliśmy ze sobą jakieś przeciwbóle, chusteczki, telefon i właściwie to by było na tyle. Tuż przed wyjściem profilaktycznie łyknęliśmy stoperan i no-spę.

rzeznik_11

Komańcza (godz: 2:55) – tuż przed startem.

Aga

Nie ma co ukrywać, dla mnie to była prawdziwa Rzeź. Im bliżej mety, tym każdy kolejny kilometr stawał się coraz dłuższy i dłuższy.. ale wszystko po kolei. :)

Od początku nie łudziłam się, że mam szansę na spokojny sen. Start zaplanowany był na godzinę 3:00, a punktualnie o godz. 1:30 mieliśmy stawić się już w Cisnej. Z tego miejsca wszyscy zawodnicy zostali przetransportowani do Komańczy na linię startu. Dla Nas, taki plan gry, oznaczał pobudkę o godz. 00:30. Na miejscu zbiórki pojawił się sznur autokarów – ale nie ma się co dziwić, skoro było blisko 700 par. Większość osób była zaspana podobnie jak my, ale wszyscy bardzo zadowoleni. W końcu do udziału w biegu, nikt nikogo nie zmuszał. :)

Rozpoczęcie takiej aktywności w środku nocy, z dość niską dla mnie temperaturą (ok. 10oC) nie napawał optymizmem. Do tego brak odpoczynku i zaburzenie rytmu dnia, z łatwością potęgowało poczucie chłodu. Musiałam zapewnić sobie choć odrobinę komfortu, dlatego ubrałam się bardzo asekuracyjnie. Obowiązkowo założyłam buty trailowe (salomon speed crossy3), legginsy ¾, kompresy na łydki, koszulkę + rękawki, cieniutką wiatrówkę i buff na głowę.

rzeznik_08

Cisna (godz: 1:15) – idziemy do autokaru, który zawiezie Nas do Komańczy na start.

Trudno mówić o posiłku tuż przed biegiem, bo nie licząc kolacji ok. godz. 20:00, na chwilę po przebudzeniu dosłownie na siłę zjadłam bułkę z miodem – to była bardzo dobra decyzja. Na całe szczęście zignorowałam brak apetytu i dzięki temu zapewniłam sobie energię na pierwszy etap wyścigu.

Wystartowaliśmy punktualnie o 3:00. Jeszcze na chwilę przed wystrzałem udało mi się nawet wrzucić zdjęcie do sieci. :) Pierwszy odcinek rywalizacji stanowiła dość szeroka droga, co dało pełną swobodę biegu. Ruszyliśmy w zupełnych ciemnościach, dlatego trzeba było bacznie obserwować podłoże. Niemal każdy z biegaczy oświetlał sobie drogę czołówką, ja niestety nie miałam żadnej lampki w swoim wyposażeniu. To był mój kolejny błąd. Co prawda Adi dzielił się swoim światłem, ale nie sposób stale biec obok siebie. Bazowałam jedynie na tym co dane mi było uświadczyć od innych. Blaski i cienie momentami były bardzo uciążliwe, zwłaszcza kiedy ktoś świecił w moje plecy, a mój cień zamieniał się w olbrzymiego potwora! A potwór z powodzeniem utrudniał mi widoczność.

Od samego początku towarzyszyła Nam zawiesista mgła, która w moim odczuciu zagęszczała powietrze i utrudniała swobodne oddychanie. Po kilku kilometrach moja wiatrówka trafiła do plecaka, a ja poczułam jakbym zrzuciła z siebie kilka kilogramów. Kiedy wbiegliśmy już do lasu zrobiło mi się bardzo duszno. Siła w nogach była, ale głowa robiła się coraz cięższa. Całe ciało było lepkie, a mi wyjątkowo zaczęła przeszkadzać ciemność. Miałam wrażenie, że tracę siły głównie na wyostrzaniu zmysłów i z utęsknieniem czekałam na świt.

rzeznik_03

ok. 20 km – Adi ledwo żywy idzie krok po kroku.

Na ok. 10 km zjadłam pierwszego żela, ale tylko dlatego, że upomniał mnie Adi. Słodka wizja posiłków przez najbliższe kilka –kilkanaście godzin trochę mnie przerażała. W przeciwieństwie do zeszłorocznego startu, tym razem wręcz marzyłam o dotarciu do Cisnej. Chyba świadomość, że to dopiero początek zabawy źle działała na moje samopoczucie. Do tego wszystkiego doszła lekka niedyspozycja Adiego i wtedy naprawdę zaczęłam się martwić – on też, nie wiedzieć czemu tracił werwę. Niesamowite było jedno, za każdym razem kiedy Adiego dopadał kryzys, wiedziałam że muszę być silna i miałam wrażenie jakby ktoś dodawał mi nadprzyrodzonych sił. Mamy na to pewną, wspólną teorię – pozaziemską.

Kiedy zbliżaliśmy się już do Cisnej, prawdziwym wyzwaniem okazała się dla mnie droga tuż po wybiegnięcie z lasu. Nie cierpię biegać w butach trailowych po twardych nawierzchniach. Na szczęście skrzydeł dodawali kibice, i to ich na trasie brakowało mi najbardziej. Na przepaku w pierwszej kolejności dorwaliśmy się do wody i vitargo. Adi krążył po orliku jak szalony. Nie wiedziałam co się dzieje. Zdawałam sobie sprawę, że jest zmęczony i blady – jeszcze wtedy czarno widziałam kontynuację dalszego biegu. Większość biegaczy zabrało ze sobą kijki, my do tej pory nie nauczyliśmy się z nich korzystać, dlatego stwierdziliśmy, że nie ma sensu ich brać.

W końcu wybiegliśmy dalej. Pod wpływem euforii i krzepiących okrzyków, od razu po wbiegnięciu do lasu pomyliliśmy trasę. Zamiast pobiec w dół, wspięliśmy się na kilkanaście metrów pod pionową ścianę. Za nami podążyło kilka osób, ale na szczęście w porę ktoś krzykną z dołu, żebyśmy wracali. Niestety kosztowało Nas to co najmniej 5 min, a patrząc na końcowe rezultaty w mixach te minuty okazały się bardzo cenne.

rzeznik_06

Po chwili zaczęły się strome podejścia, ale już nie takie straszne jak rok temu – choć trasa na tym etapie jeszcze nie uległa zmianie. Problem tkwił w zupełnie czymś innym, mój partner wyglądał na zupełnie wypompowanego. Na każdym podejściu odległość miedzy nami ciągle się zwiększała. Bez większego problemu pokonywałam kolejne odcinki, a Adi dzielnie walczył o każdy krok. Adi dawaj!, czy chcesz wracać do Cisnej? – próbowałam wejść mu na ambicje. Usłyszałam tylko: Jak się wdrapię na szczyt to zobaczymy – miałam nadzieję, że żartuje. W tym momencie wszelkie ambicje i walka o wysoką lokatę odstawiłam na dalszy plan. W końcu to miała być przygoda! Adi zapewniał mnie, że wraca do sił i to mnie trochę uspokajało. Dokładnie co jakieś 10 km wciągaliśmy kolejne żele. Na chwilę przejęłam stery, ale od ok. 40 km moja druga połówka wreszcie wróciła do gry! Adi zaczął sobie nawet żartować, co chwile pytał o piwo i chciał pociągnąć jakiegoś biegacza za brodę. Wiedziałam, że wrócił na dobre tory.

Na II przepaku na Stokówce zatankowaliśmy do pełna nasze bukłaki i wypiliśmy koleją porcję vitargo. Adi namówił mnie nawet na dwa łyki zupy pomidorowej – potem żałowałam, że nie napiłam się jej więcej. Słodki smak żeli powoli zaczynał wychodzić mi bokiem. Spędziliśmy w tym miejscu aż 7 minut, ale to i tak znacznie mniej niż rok temu. W końcu ruszyliśmy dalej!

Od tego momentu wróciliśmy do swojego rytmu, nie było potrzeby czekania na drugą osobę. Nasz team ruszył swoim tempem. Uf to była prawdziwa ulga, Adi narodził się na nowo i bardzo dobrze, bo przyszedł czas na moje wzloty i upadki. Wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Do marszu przechodziłam tylko na stromych podejściach. Przy każdym wypłaszczeniu truchtaliśmy. Byle do przodu, jesteśmy już bliżej niż dalej – powtarzałam sobie w myślach. Adi stale upominał mnie, żebym uzupełniała wodę, ale w tym roku sama nie wiedziałam kiedy bukłak stawał się coraz lżejszy.

rzeznik_05

Tak naprawdę nie pamiętam kiedy mgła opadła, ale wiem że słońce i przejrzyste niebo było dla mnie dodatkową baterią. Bardzo dobrze radziłam sobie na podejściach, nie brakowało mi sił na zbiegach, ale na pewno nie potrafię robić tego szybko! Oboje sporo traciliśmy do innych, kiedy trzeba było puścić się w dół.

Momentami dopadały mnie kryzysy, nogi zastygały i stawały się coraz cięższe, ale mimo tego zrywałam się do biegu, wszędzie tam gdzie to było możliwe. Nie wiem skąd mieliśmy takie pokłady energii, ale robiłam wszystko, byle by się nie zatrzymać.

Na ostatnim przepaku – Przełęcz nad Roztokami, trochę spanikowałam. Nie potrafiłam poradzić sobie z uzupełnieniem wody, Adi w tym czasie zajął się swoim bukłakiem. A ja?, jak mała nieporadna dziewczynka, mocowałam się z zabezpieczeniem worka do plecaka. Na ratunek przyszedł mi jeden z WOLONTARIUSZY, taki przez duże „W”, bo pomógł mi w ekspresowym tempie. Był bardzo, ale to bardzo pomocny, miałam wrażenie, że gdyby mógł to pożyczył by mi swoich nóg. :) W rezultacie do dalszego biegu gotowa byłam jeszcze przed Adim. Kibice odwalili kawał dobrej roboty, na tyle dobrej że szaleńczo zaczęliśmy podbiegać pod stromą górkę – w porę się jednak opamiętaliśmy i przeszliśmy do marszu.

rzeznik_04

Na ostatnich 20 km, to Adi musiał mnie wspierać i nie mógł sobie pozwolić na chwilę zwątpienia. Miałam wrażenie, że kolejne wzniesienia i podejścia mnożą się jak grzyby po deszczu… Trasa wydawała się nie mieć końca. Kiedy złapał nas solidny i zimny deszcz, poczułam się totalnie rozbita. Nie wyobrażałam sobie biegu w takich warunkach aż do mety. Zrobiło się grząsko, błoto i woda pod stopami nie ułatwiała walki o przetrwanie. Ciężko mi było znaleźć jakiekolwiek pocieszenie, czułam że powoli się rozsypuje. Na szczęście ulewa potrwała ok. 30-40 min.

Ostatnie 10 km było dla mnie istną katorgą. Od jakiegoś czasu nie mogłam nawet sprawdzić na jakim etapie już jesteśmy, bo mój Garmin umarł po 10 godzinach pracy. Nerwowo dopytywałam Adiego Ile jeszcze? Gdyby mój partner nie narzucił tempa nie wiem czy bym się tam, w środku lasu nie poryczała jak małe dziecko. Z kilometra na kilometr włączał mi się coraz większy maruder, zdawałam sobie sprawę, że momentami jestem nie do zniesienia. Musiałam sobie jednak pobiadolić pod nosem, bo to dawało mi upust emocji. Z zaciśniętym gardłem prosiłam, a nawet błagałam Adiego, żeby już nigdy Nas nie zapisywał na ten bieg. „Obiecaj, proszę, że za rok już nie pobiegniemy?!”

rzeznik_07

Kiedy znaleźliśmy się już na asfaltowej drodze, nie przebierałam w słowach. Ostatnie 3 km, to nic innego jak twarde podłoże: górka, wypłaszczenie, górka, wypłaszczenie i tak bez końca! „Jak oni mogli nam to zrobić, na samym końcu?” – pytałam. Ten ostatni odcinek ciągnął się jak guma, walczyłam o każdy metr, aż w końcu dobiegliśmy do upragnionej METY z czasem 11:03:15!!! Zrobiliśmy to po raz drugi. Tym razem na dłuższej i wg mnie trudniejszej trasie. Kolejny raz zdaliśmy egzamin prawdziwego PARTNERSTWA! WSPÓLNIE pokonaliśmy aż 82 km i nie wyobrażamy sobie innego tandemu.

Mimo wszystko i tak powiem, że było pięknie i na pewno nie żałuję!

Wiem, że wrócimy w Bieszczady jeszcze nie jeden raz, ale nie wiem jeszcze po co.

 

zdjęcie główne: B4SPORT