bn2017_02_slider

Bieg Niepodległości – czyli koniec sezonu 2017

Będę szczera, tegoroczny Bieg Niepodległości miał wyglądać zupełnie inaczej. To miała być wisienka na torcie, chciałam zakończyć drugą część sezonu z przytupem! Tymczasem ledwo doczłapałam do mety. Wynik 40 min. 23 sek. nie jest spełnieniem moich marzeń. Uwierzyłam, że stać mnie na znacznie więcej, a właściwie to szybciej. W rezultacie wyszło wolno i zdecydowanie za długo.

Chciałam udowodnić, że jestem silna – nie tylko sobie.

bn2017_01

Po starcie w Biegnij Warszawo, nabrałam wiatru w żagle. Uwierzyłam, że wynik w okolicy 39 min. jest w moim zasięgu. Zawinęłam rękawy i dzielnie realizowałam plan treningowy. Jeśli czasami tu wpadacie, to wiecie, że jestem bardzo konsekwentna, w tym co robię. Czasami może zbyt sumienna? Teraz wydaje mi się, że organizm wysyłał mi sygnały ostrzegawcze już wcześniej. Niektóre treningi robiłam tylko dlatego, że były w planie treningowym. Zmęczenie i chwilową niechęć do biegania, tłumaczyłam sobie nawarstwiającym się zmęczeniem i ponurą pogodą. Myślałam, że to normalne i minie w odpowiednim czasie. W końcu przerabiałam ten schemat już nie raz, zwłaszcza podczas przygotowań do maratonu. Wraz z wystrzałem startera, wszystkie rozterki po prostu znikają. Tym razem było inaczej.

Nastawiałam się pozytywnie, choć zawsze z tyłu głowy pozostawiam sobie furtkę. Jeśli ktoś pytał, nieśmiało przyznawałam, że chcę powalczyć o złamanie 39 minut. Choć po chwili dodawałam, że każda urwana sekunda z rekordu 39:26 będzie satysfakcjonująca.

Mimo dość wietrznej i chłodnej pogody rozgrzewka była dość przyjemna. Nogi wydawały się lekkie, choć od kilku dni lewa noga dawała o sobie znać. Bywało, że na treningach czułam dyskomfort – coś jakby ITBS, ale świadomie dokończyłam cały cykl przygotowań pod dychę. Na trasie biegu było wszystko w porządku – jeśli chodzi o lewą nogę, bo reszta pozostawiała wiele do życzenia.

Plan wydawał się prosty, spokojny początek w okolicach 4:00/km, a w drugiej części miała być torpeda! Wyszedł jakiś ospały ślimak.

Pierwsze 2 km faktycznie były spokojne, równo z oznaczeniem na trasie zegarek wskazał czas 8 min. 10 sek. – czyli przynajmniej o 10 sekund za wolno. Jeszcze w tedy nie traciłam nadziei, bo nic nie wskazywało, na to, że z każdym kilometrem będzie coraz gorzej. Na 3 km zamiast „zającować” koledze, to on mobilizował mnie do walki. Łukasz znał moje plany i wiedział, że trzeba przyspieszyć. Tyle, że ja nie potrafiłam dotrzymać mu kroku. Facet, który w ostatnich tygodniach nie trenował regularnie, z lekkością popędził do przodu. Ja zostałam w tyle i modliłam się, żeby dotrwać do półmetka.

bn2017_03

Rety! Gdyby ktoś słyszał moje myśli, złapałby się za głowę i stwierdził, ze jestem niezrównoważona psychicznie. Na 5 km zameldowałam się z czasem 19 min. 50 sek., teoretycznie ten bieg był jeszcze do uratowania. Problem tkwił w tym, że ja nie byłam w stanie przyspieszyć. Co najmniej kilka razy zadawałam sobie pytanie „Po co mi to?” „Może zejdę, albo poczekam na Adriana?” „Nie no lipa, najwyżej zacznę biec na samopoczucie”. Starałam się schować przed wiatrem, za innych, ale za każdym razem łapałam się na tym, że tracę prędkość. Moim największym problemem nie była jednak aura, ale ogólne samopoczucie. Coś ewidentnie nie zagrało. To nie był bieg po rekord życiowy. Zdałam sobie sprawę, że walczę o złamanie 40 min. i w pewnym momencie brałabym taki wynik w ciemno.

W nadziei na reaktywację, za radą Adiego, zjadłam żela. Część trafiła, tam gdzie miała trafić, ale większość rozlała się po policzku, na koszulkę i asfalt. Mimo tego, że biegłam w rękawiczkach, dłonie nie do końca spełniały swoje funkcje. Niestety, moje kończyny w chłodne dni bardzo szybko robią się zgrabiałe, zmieniają barwę na białe i niewiele z nich pożytku.

Na całe szczęście, 7. kilometr to luka w mojej pamięci. Z jednej strony to dobrze, ale z drugiej amnezja trwała zbyt długo, bo ponad 4 minuty. Przez kolejne dwa kilometry czułam już lekką rezygnację, o przyśpieszeniu nie było mowy. Jedyną nadzieją, jakiej się uczepiłam, były plecy jednego biegacza. Nie obchodziło mnie w jakim tempie biegnie i tak wiedziałam, że ledwo za nim człapie. Na ostatnim kilometrze mój wzrok powędrował już znacznie dalej, meta była już tak blisko! Chciałam to mieć jak najszybciej za sobą, chciałam już iść do domu.

Przekroczyłam metę lekko zmieszana, ale nie wstrząśnięta. Nie byłam zadowolona z wyniku, ale o dziwo humor mi dopisywał. Znalazło się nawet kilka osób, które pogratulowały mi dobrego biegu. Wiedziałam, że mój występ wcale nie był dobry, ale trochę wstyd było mi narzekać. A może po prostu nie chciało mi się tłumaczyć, dlaczego mi nie wyszło? Dobrze, że zanim Adi do mnie dołączył, miałam z kim pogadać. Te rozmowy i pozdrowienia, dodały mi sporo pozytywnej energii. Dobrze jest wiedzieć, że lubicie NaDystansie.pl.

bn2017_04

Ps. Po powrocie do domu zadzwoniłam do siostry. Zapytała jak mi poszło, bo słyszy po głosie, że jest dobrze. Było zupełnie inaczej, ale ja cieszyłam się, że jutro nic już nie muszę. Chyba najbardziej potrzebowałam odpocząć, zamierzam wykorzystać ten czas jak najlepiej potrafię. Bez biegania.

  • Na Biegu Niepodległości poległem. Mam taką małą wymówkę ale nie o to przecież chodzi. Na szczęście nie załamałem się i nie zasmuciłem czego i Tobie życzę i trenuję dalej z entuzjazmem.